Nasza strona wykorzystuje cookies ("ciasteczka")
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii by strona działała prawidłowo oraz w celach statystycznych.
W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące plików cookies. Korzystanie z niniejszej strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Partnerzy

Grafinet Sp. z o.o.
Metr po piasku za złotówkę
Projekt 440 km po zmianę
Fundacja Trzeba Marzyć
Recykling rejs - Bałtyk 2015
Ekstremalna Droga Krzyżowa Jastrzębia Góra - Hel
Fundacja Nasza Ziemia
Do Celu Po Piasku
Projekt Zrywka 350 km
RuszajSię.pl
Fundacja Pies Szuka Domu
Fundacja Machina Fotografika

Facebook

Kalendarz

Aktualności z Facebooka

Pierwsza Wirtualna Przechadzka przeszła do... historii.



Przez ostatnie dwa tygodnie mogliśmy wirtualnie uczestniczyć w Przechadzce ze Świnoujścia do Helu. Zwykle o tej porze roku Kuba Terakowski organizuje ją dla znajomych oraz dla… nowych znajomych. Tym razem z powodu pandemii nie było to możliwe. Podjął się jednak trudu opisania tego jakby mogła ona wyglądać. Dzięki czemu mogliśmy się poczuć jakby Przechadzka jednak się odbyła. Chciałbym mu za to bardzo podziękować.

Chciałbym również podziękować Mai Kowalskiej, która poszerzyła opowieść Kuby o kolejne dwa dni suplementu z Władysławowa do Gdańska, a wcześniej szeroko opisywała każdy dzień ze swojego punktu widzenia.

Na koniec chciałbym gorąco podziękować Wam wszystkim, którzy komentowaliście, przysyłaliście i dołączaliście zdjęcia, czytaliście i udostępnialiście dalej posty z poszczególnymi dniami Przechadzki. Mam nadzieję, że już niedługo bezpieczni i zdrowi spotkamy się na pięknym Bałtykiem.

Stanisław J. Szewczak
2020-05-24 19:40

Pierwsza Wirtualna Przechadzka - Suplement: Osłonino - Gdańsk



Wstajemy o wschodzie słońca, bo plan na dzisiaj mamy ambitny. A i pierwszy raz od dwóch tygodni musimy iść z zegarkiem w ręku. Ograniczeni jesteśmy kupionymi biletami na pociąg. Gosia odjeżdża z Gdyni do Krakowa, Maja do Warszawy. Tylko Jurek jak zawsze... wolny duch ...a może jutro ruszy w przeciwnym kierunku, w trasę do Świnoujścia? Tak czy inaczej, piękna droga przed nami.

Rezerwat Beka - ogromne przestrzenie wilgotnych słonych łąk, tzw. słonaw i młak turzycowych. Nieustający wszechogarniający świergot ptaków. O tej porze, dnia i roku, wręcz ogłuszający. A jednocześnie cisza... Zapach mokrej ziemi, łąk, i kwitnących roślin. Przestrzeń. I pustka. Jest tu pięknie. Spotkaliśmy zajączka, który chyba nie spodziewał się tu o tej porze ludzi, i jakiś zamyślony niemal na nas wpadł.

Z Beki wychodzimy do miejscowości Rewa. Jej nazwa pochodzi od rewy - piaszczystej mielizny, ciągnącej się aż do Mierzei Helskiej. Jej lądowa, wynurzona część to Cypel Rewski. Ma on zmienną długość, zależną od stanu wody i warunków hydrodynamicznych, ale zazwyczaj wynurzony jest około kilometrowy odcinek. Cypel wraz z podwodną częścią mierzei oddziela akwen Zalewu Puckiego od Zatoki Puckiej. Do Cypla Rewskiego prowadzi Ogólnopolska Aleja Zasłużonych Ludzi Morza, na której końcu znajduje się krzyż poświęcony ofiarom morza. Chociaż tutaj niemal zawsze wieje (stąd takie tłumy windsurferów) na cypel warto wejść. Kto wie kiedy znów nadarzy się taka okazja?

Mijamy Mechelińskie Łąki, to kolejny rezerwat przyrody na naszej drodze. Tu ciekawy jest strefowy układ roślinności. Patrząc od strony Zatoki w głąb lądu występuje: strefa plaży, nawydmowe murawy, słonawy, półhalofilny szuwar i szuwar trzcinowy.

W Mechelinkach Maja decyduje się podjechać, ponieważ przejście przez Babie Doły zawsze stanowi problem. Ciężka plaża (a czasem jej brak), kamienie, zwalone konary drzew. Gosia jest dzielniejsza i maszeruje do Gdyni. I tak dziewczyny spotkają się w ulubionej przydworcowej kawiarni.

Tak też się staje. Ponieważ Gosia ma wcześniejszy pociąg, po pysznej kawie i czekoladowo-pomarańczowym cieście, Maja z Jurkiem odprowadzają ją do przedziału, a sami ruszają dalej. Nigdy nie mają dosyć wspólnej wędrówki. Jak czas pozwoli to do Gdańska, a jak nie to do Sopotu.

Trasa piękna, chociaż inaczej niż w poprzednich dniach. Tu czuć już "cywilizację" i tłumy ludzi. Ale warto przejść pod imponującym Klifem Orłowskim, albo Kępą Redłowską z pięknym widokiem na zatokę, a potem zobaczyć tłumy ludzi na sopockim molo. Pogadać, bo przecież w poprzednich dniach, wciąż było na to zamało czasu.

Uff... udało się dojść do Gdańska, i poplanować kolejne wyjazdy.

Już niedługo znowu ruszamy!!!
2020-05-23 08:00

Pierwsza Wirtualna Przechadzka - Suplement: Władysławowo - Osłonino



Po zakończeniu Przechadzki w Helu, jedziemy pociągiem z wszystkimi. Tyle, że większość jedzie do domu, my zaś decydujemy się na przedłużenie wędrówki. Do Gdyni? A może do Gdańska? Zobaczymy, jutro podejmiemy decyzję.

Wysiadamy we Władysławowie, w porcie. Stąd lepszy punkt do dalszej drogi. Ponieważ w Helu wszystko było w biegu, a przed nami jeszcze długa droga, zahaczamy o jedną z miłych knajpek we Władysławowie. Gospoda u Chłopa, pyszne i różnorodne śledzie, albo jajecznica na maśle. To tu stołuje się wielu rybaków, przed wyruszeniem w rejs.

Miło posiedzieć, ale przed nami kawał drogi. Kierujemy się szlakiem nad Zatokę. Po lewej stronie mijamy słonoroślowy rezerwat przyrody Słone Łąki nad Zatoką. Jest tak pięknie, że idziemy jeszcze na pomost widokowy na zatoce, cudny stąd widok na półwysep. Obserwujemy ptaki, robimy zdjęcia.

Dalej nie ma problemu z wyborem trasy, przez Swarzewo i Kaczy Winkiel kierujemy się do Pucka.

Swarzewo, nazywane jest Kaszubską Częstochową. Znajduje się tutaj Sanktuarium Maryjne Królowej Polskiego Morza. W XIX wiecznym kościele, czczona jest pochodząca z XV wieku cudowna figura Matki Boskiej Królowej Polskiego Morza, zwana Opiekunką Rybaków.

Na Kaczym Winklu, na ławeczkach, chwilę odpoczywamy. Piękny tu widok, nad samą zatoką, miło posiedzieć na drewnianych ławeczkach. Czytamy tablice informacyjne o występujących tu ptakach.

Przechodząc mostkiem na Płutnicy wspominamy Kasię, która podczas którejś ze swoich wędrówek nocowała tu pod namiotem.

Puck, tu mały dylemat, czy iść do wspaniałej Pierogarni Mąka i Woda czy do baru Smakosz. Problem rozwiązuje Jurek, który proponuje cukiernię. Idziemy zatem na kawę i ciastko.

W świetnych humorach ruszamy dalej. Przed nami kolejny piękny odcinek, po klifach do Rzucewa. Woda w Zatoce podchodzi pod sam brzeg, więc przejście plażą nie jest możliwe. Nie szkodzi. Z góry rozciąga się fantastyczny widok. Słońce chyli się już ku zachodowi, więc zachwycamy się światłem jakie nam towarzyszy. Przechodzimy przez Osadę Łowców Fok. Tradycyjnie zatrzymujemy się na chwilkę przy placu na ognisko. Dojadamy zapasy przygotowane na drogę, dopijamy napoje i ruszamy dalej. Pałac w Rzucewie wygląda w tym świetle wspaniale. Kiedyś Kubie udało się załatwić tu nocleg na Listopadowym Spacerze. Wszyscy uczestnicy do tej pory wspominają podany żurek. Tym razem nie mamy tyle szczęścia, wędrujemy więc dalej na nocleg w Osłoninie. Ale i tu droga jest piękna, przez zabytkową aleję lipową. Według tradycji sadził ją sam Jan III Sobieski w czasie gdy właścicielką wsi była jego siostra Katarzyna. Aleję tworzy ponad 300 drzew, wśród których przeważają lipy i klony, występują także dęby i kasztanowce. Niestety z roku na rok widać, że wiele z tych drzew obumiera.

Dochodzimy do Osłonina. Chociaż jesteśmy zmęczeni, nikomu nie chce się iść spać. Wszak to ostatni wspólny wieczór, siadamy więc w kuchni i do nocy wspominamy minione dni.
2020-05-22 08:00

Pierwsza Wirtualna Przechadzka - dzień trzynasty: Jastarnia - Hel



Wychodzimy grupami. Większość od Juraty idzie plażą, bo chociaż jest tu dość "ciężka", lecz tak piękna, że warta szczególnego wysiłku. Ci, co zaspali nie mają wyboru: ścieżką rowerową będzie szybciej, lecz finiszować wzdłuż szosy to wątpliwa przyjemność; nie dla takich "atrakcji" wędrujemy od Świnoujścia. Może więc właśnie dlatego kilka osób chyłkiem wsiada w pociąg do Helu?

Mijamy kolejne kilometry wybrzeża, a każdego nam szkoda, bo każdy jest bliższy końca drogi. A wcale nie chcemy jej kończyć. Bałtyk wciąż huczy z lewej z strony, lecz słońce wyczynia cuda. Podczas całej wyprawy świeciło nad lądem, rano w twarz, a w ciągu dnia przesuwało się z prawej, za plecy. Teraz świeci po lewej, nad Bałtykiem... No tak, Kosa Helska skręca łukiem tak bardzo, że zmieniła nam kierunek marszu, lecz nie mogliśmy tego zauważyć na plaży.

Miny rzedną nam jednak, gdy nad falami pojawia się miasto. W głębi morza? Jak to możliwe? Dezorientacja trwa dłuższą chwilę. Mapa wyjaśnia wszystko: już jesteśmy na Cyplu, Hel wygina się tu w stronę Gdyni.

Cypel... Wejście 67. Nadciągamy z różnych stron, sporo przed jedenastą, aby jeszcze tu pobyć przez chwilę, nad Bałtykiem, razem. Radość, bliskość i smutek przelewają się przez jak fale. Ostatnie wspólne zdjęcie dla PoPiasku.pl i Przechadzka odchodzi do wspomnień...

Jaka szkoda, że nie było jej naprawdę.
2020-05-21 08:00

Pierwsza Wirtualna Przechadzka - dzień dwunasty: Jastrzębia Góra - Jastarnia



W nieco zdekompletowanym składzie wyruszamy z Jastrzębiej Góry. Roszady od samego początku, ktoś idzie od razu nad Bałtyk, ktoś Lisim Jarem, ktoś wędruje wzdłuż szosy pod latarnię i dopiero stamtąd schodzi nad morze - mijając się tam z kimś, kto już wraca z powrotem na klif... Ciąg dalszy przetasowań w Chłapowie, część wybiera plażę, część rezerwat Wąwóz Rudnik Chłapowski. Do Władysławowa też wchodzimy różnymi drogami: przez Cetniewo, przy "Koronie Himalajów", lub dookoła - przez port.

Niezależnie jednak od trasy, wszystkie drogi prowadzą do "Iki" - miłego baru, przy dworcu. Pora jest śniadaniowa więc zamawiamy piętnaście jajecznic. Oj, chyba nie wyjdziemy stąd zbyt szybko...

W końcu jednak wyjść trzeba, bo przed nami jeszcze szmat drogi. Drogi długiej i pięknej, lecz trudnej, bo piasek na tym odcinku jest grząski. Mijamy "CPN" i wchodzimy na kosę. I znowu roszad ciąg dalszy - aby ulżyć nogom w niedoli. Idziemy więc na zmianę po plaży, leśnym szlakiem i ścieżką rowerową od strony Pucyfiku. I znów wszystkie ścieżki prowadzą w jedno miejsce: do "Przetwórni" - naszej ulubionej knajpki w Kuźnicy. Czas na obiad... Furorę robią trzy zupy: rybna, dyniowa z krewetkami oraz tajska. Maja zjada wszystkie.

Po takim posiłku trudno przejść kilka metrów, o kilku kilometrach nie mówiąc. Niewiele zatem już mówiąc wleczemy się do Jastarni, która ciągnie się w nieskończoność, a Kuba oczywiście ma dla nas kwaterę na jej końcu. Robimy zakupy po drodze, aby nigdzie już dziś nie wychodzić.

Nigdzie z wyjątkiem odprawy, bo jutrzejsza jest znów dziś wieczorem. Nie musimy jednak już chodzić daleko, wystarczy tylko zejść do kawiarni na parterze naszej kwatery. Lokal jest nieczynny, więc mamy cały dla siebie. Na jutro, zamiast wspólnej godziny wyjścia, Kuba wyznacza wspólny czas dojścia na metę. A zatem wolniejsi wcześniej wyruszą stąd w drogę, szybsi - później; planujący przejście plażą - przed świtem, a idący krótszą, rowerową trasą - po wschodzie słońca. Grunt, by wszyscy byli na Cyplu równocześnie, o jedenastej. Dlaczego tak wcześnie? Bo część z nas chce zdążyć do Gdyni na pociągi powrotne do domów.

To nasza ostatnia odprawa na Przechadzce. Kuba rozdaje "marcepanki", Gosia kupiła truskawki, Marta z Agatą - ciasteczka. Wspominamy "wieczorek zapoznawczy" w Wisełce. Tak dawno to było, i tak niedawno równocześnie. Cieszymy się wspólną drogą i trochę nam smutno, że jutro dobiegnie końca. Kres nostalgii kładzie gospodarz, który chciałby już zamknąć lokal.
2020-05-20 08:00

Pierwsza Wirtualna Przechadzka - dzień jedenasty: Białogóra - Jastrzębia Góra



Odprawa - jak zwykle - przy Morskiej 11, a Kuba - jak zwykle - na najwyższym ze schodów. Honorowym gościem jest Janusz, który wyruszył ze Świnoujścia dwa tygodnie przed nami, doszedł do Piasków i wraca stamtąd z powrotem, do granicy z Niemcami. To jego druga taka wyprawa. I znacznie forsowniejsza od naszej, bo Janusz śpi pod namiotem.

Ruszamy. Jasiek ciągnie część grupy skrótami, do szlaku, lecz większość, wraz z Januszem wraca nad morze promenadą. Tam żegnamy się, on skręca na zachód, my na wschód. On będzie miał Bałtyk po prawej, my nieodmiennie po lewej stronie.

Obydwie nasze grupy spotykają się przy ujściu Piaśnicy. To tutaj rozpoczynał się przedwojenny odcinek polskiego wybrzeża. I tu, w głębi lądu, znajdują się groby kilkunastu tysięcy Polaków rozstrzelanych na początku wojny przez Niemców. Nie pójdziemy tam jednak, bo to zbyt daleko od morza.

Kuba, który wyjątkowo nie popędził jeszcze do przodu, opowiada tu swoją "dyżurną" anegdotę. O tym, jak kiedyś zobaczył na moście pluton ZOMO. I myślał, że to fatamorgana, a okazało się, że statyści. I o tym, jak Magda nie skorzystała z zaproszenia na plan, więc kto wie, czy nie ominęła jej filmowa kariera. Cóż, nie pierwsze to nasze spotkanie z filmem na trasie, bo widzieliśmy już i nagranie reklamy fiata 500, i kapitana Klossa, w sequelu "Stawki większej niż życie".

Przechodzimy przez most na Piaśnicy, sto kilometrów od Ustki. Mariusz, który tam do nas dołączył kalkuluje, że skoro zaliczył już "setkę", to mógłby tu wezwać taksówkę. Ale pójdzie z nami na PKS do Karwi.

Z Dębek wychodzimy plażą. Na piasku, jak zwykle stoi kilka traktorów, używanych zamiast wyciągarek. Wyglądają jak złom, lecz wciąż służą rybakom niestrudzenie. Rybakom i fotografom, bo pozują nam do zdjęć niemal wdzięcznie.

Przy wejściu numer czternaście skręcamy w głąb lądu za Pawłem, prowadzącym nas do "swojej" kaplicy. Piękne miejsce. Potem jeszcze przez chwilę idziemy przez las, by "czwórką" wyjść na groblę, z której wzrok sięga dalej, niż z plaży. I groblą dochodzimy do Karwi.

Tu żegnamy Mariusza. I w dwóch grupach oblegamy dwa różne lokale: "łasuchy" - cukiernię Konkola, a "głodomory" - Bar Rodzinny tuż obok.

Z plaży widać już klify Jastrzębiej. Ostatni kilometr wiedzie ścieżką wytyczoną malowniczo po gabionach, widok z niej jest bezcenny. Naprawdę jednak dech w piersiach zapiera nam dopiero panorama z samej góry. Nawet część "weteranów" idzie tędy po raz pierwszy, bo trakt ten udostępniono niedawno.

Ten etap był krótki, więc jesteśmy na kwaterze dość wcześnie, już przed godziną piętnastą. To dobrze, bo Kuba zaplanował na dzisiaj aż dwie wieczorne atrakcje. Najpierw zaprasza na pokaz zdjęć wolontariuszki Błękitnego Patrolu, a potem na odprawę.

W pokazie uczestniczy nas garstka, kilka rzeczywiście zainteresowanych osób oraz Magda i Ewa, które specjalnie przyjechały to na tę prezentację aż z Gdańska. Zdjęcia są fenomenalne, a komentarz niezwykle interesujący. Nieobecni powinni żałować, ale nikt tu nikogo, do niczego nie zmusza.

Za to na odprawie spotykamy się w wszyscy. A nawet jest nas więcej, bo gościmy "długodystansowców" Anię i Mariusza, którzy są w Jastrzębiej na wczasach i przyszli nas odwiedzić (z potomkiem w beciku). Rozsiadamy się w nastrojowej jadalni, na parterze kwatery, przy kominku, który teraz uśpiony, przypomina nam nasze zimowe wyprawy. Staranny, marynistyczny wystrój świadczy o dobrym guście naszego gospodarza.

A dlaczego spotykamy się wieczorem? Dlaczego nie - tak jak zwykle - przed wyjściem? Bo już ostatni raz widzimy się w pełnym składzie. Ktoś śpieszy się jutro do Helu, musząc wcześniej wrócić do pracy, a ktoś idzie stąd wprost do Piasków, więc Hel nie jest mu po drodze. Nastrój końca zagląda nam w dusze. Siedzimy razem do późna...
2020-05-19 08:00

Pierwsza Wirtualna Przechadzka - dzień dziesiąty: Łeba - Białogóra



Kilka osób, za przykładem Mai, wychodzi dziś przed wschodem słońca. Reszta spotyka się na odprawie o ósmej. Kuba rozdaje wszystkim smycze i opaski, które zdobył dla nas w tutejszym Centrum Informacji Turystycznej. Ruszamy, do Helu - według kilometrażu Urzędu Morskiego - została nam mniej niż "setka", w rzeczywistości mamy do przejścia trochę więcej, bo trudno iść plażą jak po sznurku.

Dzielimy się, połowa wybiera plażę, połowa leśną drogę, przepięknie poprowadzoną przez Mierzeję Jeziora Sarbsko. Grupa "morska" robi przerwę przy samotnym maszcie West Star - statku, który ugrzązł tu na mieliźnie pół wieku temu. Jeszcze przed paroma laty sterczały mu z wody dwa maszty, lecz sztorm rozprawił się ze słabszym. Grupa "lądowa" ma przerwę pod Stilo - latarnią morską, pomalowaną w trzy wyraźne pasy: czarny, czerwony i biały. Lubimy to miejsce, chociaż podczas Pierwszej Przechadzki Boguś stracił tu plecak. Był sam, wszedł pod laternę bez dobytku, a po zejściu już go nie zastał.

Spotykamy się niemal w komplecie przy betonowym walcu, tkwiącym samotnie na plaży. To fundament starego buczka mgłowego, którego górny segment pełni dziś rolę latarni morskiej w Jastarni. I ze zdziwieniem zauważamy, jak daleko dziś stoi od brzegu, a pamiętamy Przechadzki, podczas których był cały zanurzony w wodzie. To najlepszy dowód jak zmienia się nasze wybrzeże. A i wiatr też ma znaczenie, dzisiaj wieje od lądu, więc "spycha" morze w... morze.

Po godzinie "Lubiatowo 44". To jedyne miejsce na dzisiejszej trasie, gdzie można coś kupić do zjedzenia. O ile leśny bar będzie czynny, bo różnie z tym bywa. Dziś jest, więc zostajemy na dłużej.

Stąd już blisko do ujścia Lubiatówki, kładka przy linii wydm pozwala przeprawić się sprawnie. Jasiek ciągnie część ekipy w głąb lądu, na Wydmy Lubiatowskie, a reszta zmierza w stronę ujścia Bezimiennej. Ta rzeczka naprawdę tak się nazywa.

Tu już nie będzie tak łatwo, bo nurt jest wartki i głęboki. Część z nas wchodzi w głąb lądu, do mostu, a Sebastian i Mariusz zdejmują buty, szarmancko proponując koleżankom przeniesienie. Dwie, czy trzy korzystają.

W lesie, trzysta metrów od ujścia, bije Źródło Miłości. Pokazał nam je Wiktor, podczas jednej z pierwszych Przechadzek. Idziemy tam w kilka osób: nic się nie zmieniło, serce z dykty stoi jak stało, a garnuszek kołysze się na łańcuszku jak dawniej. Może Wiktor patrzy na nas gdzieś z nieba?

Widać już klif Białogóry. Małgosia, która spędziła tu niejedne wakacje i okolicę zna jak własną, prowadzi część grupy swoimi ścieżkami. Reszta zmierza do wioski promenadą, od plaży. Nasza ulubiona smażalnia, "Barakuda", jest czynna, więc zatrzymujemy się w niej na obiad. Potem zakupy w "Lewiatanie" i można zmierzać na kwaterę. A ściślej: na dwie, czyli... trzy - jak to dziś na odprawie rzekł Kuba. Bo pensjonat "Kotwica" składa się z dwóch budynków, Kuba mówił o nich "żółty" i "biały", lecz obydwa są kremowe w kolorze. Chyba trzeba zadzwonić do niego i poprosić o wskazanie lokalu. Zadzwonić? W Białogórze? Wolne żarty, przecież tutaj prawie nie ma zasięgu. Grupę z drugiej kwatery też czeka wyzwanie, bo zamiast numerów pokoi, Kuba nazwał je: "balkonowy", "z wersalką", "pod schodami", "u Iwony". Na szczęście "weterani" doskonale znają ten szyfr i bezbłędnie trafiają tam, gdzie trzeba.

Wieczorem, jakimś cudem, pomimo braku zasięgu, przychodzi do wszystkich SMS organizacyjny od Kuby: "Gosia z Martą zapraszają na Suplement Przechadzki: 21.05 - przejazd z Helu do Władysławowa pociągiem i przejście wzdłuż Zatoki Puckiej do Osłonina. Tam nocleg. 22.05 - przejście z Osłonina do Gdyni. Zainteresowanych proszą o kontakt". Hmmm... Trzeba będzie zastanowić się nad tym...
2020-05-18 08:00

Pierwsza Wirtualna Przechadzka - dzień dziewiąty: Smołdziński Las - Łeba



Wstaje dzień nad Smołdzińskim Lasem, niebo różowieje, nad łąkami unoszą się mgły, słychać żaby, żurawie i setki ptasich głosów; poza tym cisza jak makiem zasiał. Z jednej strony widać Rowokół, z drugiej - daleko na horyzoncie - światło latarni Stilo. Na "Spokojnym Rancho" gospodarz - jak zwykle o tej porze - wyprowadza na łąkę kucyka.

Skoro świt pod nasze kwatery podjeżdża furgonetka z piekarni w Damnicy. Kuba organizuje to już od lat. Świeże bułeczki, drożdżówki, "amerykanki"! Rewelacja! Tylko czemu tych wypieków nie mamy na całej trasie?

Odprawa przed "damską" kwaterą. Wciąż jeszcze niskie słońce już przyjemnie grzeje. Wspólne zdjęcie pod tablicą "Słowiński Park Narodowy" i czas ruszać w drogę. Kilka osób wspina się pod latarnię Czołpino, lecz większość wybiera szlak przez Wydmy Czołpińskie.

Wydmy Czołpińskie... Brak słów. Najpiękniejsze na naszym wybrzeżu. I puste zupełnie o tej porze, tylko nasze. Zdobywamy jedną po drugiej; zatrzymujemy się na ostatniej, pięknie widać stąd ich rozległą przestrzeń i Bałtyk pod stopami. To tutaj, kilka lat temu Wiktor oświadczył się Ani. Potem wędrowali z nami nie raz, ostatnio podczas Piętnastej Przechadzki. Rok temu Wiktora pokonał nowotwór... Ania została z dwójką dzieci.

Schodzimy nad Bałtyk. Na wschodzie plaża pusta po horyzont, nic dziwnego, zapewne aż do Wydm Łąckich nie spotkamy nikogo. Na zachodzie tym bardziej powinna być pusta, lecz nie jest, samotny "długodystansowiec" zmierza w naszym kierunku...

Znajomy drobny krok, ręce nonszalancko w kieszeniach i uśmiech od ucha do ucha... Jurek? Tak, oczywiście, to Jurek! Jak mogliśmy zapomnieć, wszak kilka dni temu, Kuba mówił nam na odprawie, że Jurek wyruszył ze Świnoujścia i idąc podwójne etapy zamierza dogonić Przechadzkę w Łebie. A dogonił ciut wcześniej. I już nam nie ucieknie, razem powędrujemy do Helu.

Kilometry mijają same. Jurek, jak zwykle tryska humorem i sypie historiami z rękawa. A ma o czym gadać, bo przeszedł wzdłuż Bałtyku więcej, niż ktokolwiek: niebawem "stuknie" mu piętnaście tysięcy. Ten etap jest zresztą pełen opowieści, to tutaj Kuba znalazł butelkę z listem od wnuka ofiary Gustloffa i bursztyn większy od pięści. Rozglądamy się, bursztynów nie widać, a plaża wciąż jest pusta po widnokrąg, towarzyszą nam tylko mewy, sieweczki, brodźce i biegusy.

Po kwadransie zauważamy drzemiącą Maję, która wyruszyła dziś wcześniej, aby zobaczyć wschód słońca na Wydmach i teraz czeka tu na resztę. A po godzinie widać w oddali sylwetkę, najpierw jedną, drugą, a potem dziesiątki, jeżeli nie setkę. Znak, że zbliżamy się do Wydm Łąckich. Przed wejściem przerwa, czas dać nogom odpocząć. Herbata z termosu i damnickie drożdżówki smakują tutaj jak nigdzie.

Wydmy Łąckie też są przepiękne, lecz akurat dzisiaj prawie ich nie widać spod... tłumu. Trafiliśmy wprost na wysyp zielonych szkół. Nie to, co w listopadzie, gdy były tylko nasze. A za każdym razem są inne, wiatr wyczynia z nimi cuda. Po górze, na którą wspinaliśmy się ostatnio nie ma nawet śladu. Nic dziwnego, że mówi się o nich "ruchome". Chociaż Jurek twierdzi, że to z innej przyczyny: są tu przywożone tylko na sezon, ku uciesze letników.

Dzielimy się, część zmierza do Łeby plażą, część drogą leśną. Pierwsi zobaczą ruiny kościoła Świętego Mikołaja, mniej znane od tych w Trzęsaczu, jedyny ślad po dawnej lokalizacji miasteczka. Drudzy wejdą na wieżę widokową w Rąbce, by z góry spojrzeć na Jezioro Łebsko. Spotykamy się na kwaterach.

Nocujemy w trzech miejscach, ale tuż obok siebie, więc bez problemu możemy umówić się na wspólne wyjście do knajpki. Kaziu prowadzi nas do "Vikinga", to jego ulubiona "miejscówka"; trudno się dziwić, bo jest tu bardzo przyjemnie, a posiłki są doskonałe. Wracamy na kwatery późno i w deszczu. Nie szkodzi, wieczór był bardzo udany, a padać ma tylko do rana.
2020-05-17 08:00

Pierwsza Wirtualna Przechadzka - dzień ósmy: Ustka - Smołdziński Las



Z trudem wstajemy wcześniej. Odprawa o siódmej, gdyż przed nami długa droga. Tuż przed wyjściem przychodzi tradycyjny, rymowany SMS od Kuby do wszystkich, na dzień dobry. Tym razem napisał: "Wstawaj Przechadzko łaskawie, by stawić się na odprawie". To bardziej hasło do założenia plecaków, niż pobudka, bo odprawa zaczyna się za moment.

Mariusz - jak zwykle - spóźnia się na odprawę. O całe trzy minuty! No cóż, grunt to zrobić wrażenie swoim wejściem. A odprawa trwa dziś dłużej niż zwykle, bo kwestii do przekazania jest więcej: wybór dróg, zakupy na trasie, smażalnia w Rowach, trattoria na mecie i dwie kwatery w Smołdzińskim Lesie.

Przed rokiem grupową fotkę pstryknęliśmy sobie przy Syrence. Tym razem jednak, aby nie nadkładać drogi, robimy sobie zdjęcie z Ireną Kwiatkowską, której ławeczka stoi przy trasie.

Wychodzimy z Ustki. Rozpoczyna się jeden z efektowniejszych odcinków naszego wybrzeża, klify są coraz wyższe, a plaża coraz węższa. Po czterech kilometrach przeskakujemy przez ujście Orzechówki. Tym razem udało się, lecz przy jej wyższym stanie trzeba wejść w głąb lądu, do mostu. Ktoś wspomina, jak wpadł tutaj do wody po uda, bo pień leżący w poprzek, wyglądał wprawdzie jak kładka, lecz zanurzył się pod ciężarem człowieka.

Wybór dalszej drogi jest trudny, bo i plaża pod klifami jest piękna i ścieżka malowniczo poprowadzona górą kusi. Dzielimy się więc na grupy. Większość korzysta z okazji by przejść dołem, bo przy wyższej fali bywa to niemożliwe, gdyż woda sięga krawędzi klifu. Ale i tym razem, pomimo względnej ciszy, kilka ostróg wychodzących najdalej w morze, musimy omijać biegiem, czekając przed sprintem na moment, gdy fala się cofnie.

Poddąbie, Dębina, klify są coraz wyższe, lecz i plaża coraz szersza, więc ryzyko zamoczenia mniejsze. Mijamy kilku wędkarzy i dwie osoby zbierające kamienie. Pytamy po co? Do gabinetu masażu. Te płaskie otoczaki, wielkości dłoni, są podobno najlepsze, a w sklepie kosztują majątek. Rozglądamy się: a więc leży tutaj majątek... Cóż, niech leży, nie będziemy go dźwigać do Helu. Klif za Dębiną stopniowo opada, a przed Rowami znika zupełnie, zastąpiony przez wydmy.

A jak Rowy, to wiadomo - Smażalnia Ryb U Juliusza. Naszą "metą" była tu ongiś "Chłopska", przestronna restauracja, z dobrym menu i klimatem. A do tego czynna przez rok cały, więc nawet na lutowych spacerach można było ogrzać się w środku. Teraz niestety nie działa, lecz na szczęście zauważył nas pan Juliusz. Zauważył dosłownie, bo własnym sumptem wykonał planszę z logo PoPiasku.pl i powiesił nad wejściem do smażalni. Korzystamy z gościnności z wdzięcznością. Posiłki są tu pyszne, rabat dla "długodystansowców" znaczący, a półmisek wędzonych szprotek - gratis.

W Rowach do Przechadzki dołącza Jasiek, emerytowany pilot boeningów, który przeniósł się tutaj z Warszawy. Na plaży zawsze widać go z daleka, bo jest wyższy od reszty o głowę.

Przed wyjściem z Rowów robimy zakupy w "Meduzie" (dużym sklepie przy Nadmorskiej), bo na mecie dzisiejszego etapu zaopatrzyć będzie się trudno. Jedyny "spożywczak" w Smołdzińskim Lesie stoi trzy kilometry od kwater.

Za mostem rozdzielamy się, część schodzi na plażę, część wybiera leśną drogę prowadzącą przez Słowiński Park Narodowy. I tu znów wybór jest trudny, bo i wybrzeże będzie piękne i szlak leśny urozmaicony: jeziora, pomosty, komary... Tak, tak - nigdzie nie ma większych i żarłoczniejszych komarów. A, że to teren parku, więc ani zabijać ich nie wolno, ani dokarmiać, ani nawet płoszyć. Można tylko salwować się ucieczką... To właśnie dlatego ten wariant, chociaż dłuższy, niż plażą, pokonuje się szybciej. Pod warunkiem wszak korzystania ze szlaku, bo do dziś krążą wśród nas opowieści grupie, która chciała na skróty dojść do kwater... Podobno spotkali w lesie jenota większego, niż żubr. Wtajemniczeni znają historię.

Z dwóch stron zatem, grupami wchodzimy do Smołdzińskiego Lasu, lecz niemal wszyscy spotykamy się w Trattorii Riccardo. Maja już przez telefon zaanonsowała nasze przyjście. Trattorię odwiedzamy zawsze, odkąd kilka lat temu powstała. "Odkrył" ją pewnej zimy Adam, myśląc najpierw, że to fatamorgana, bo w miejscu, które z poprzednich wypraw znał doskonale i wiedział, że hula tam wiatr, stała nowiutka trattoria, do tego czynna pomimo braku gości. Okazało się, że otworzyli ją właśnie, po przeprowadzce z Warszawy, emerytowany włoski szef kuchni, i nasza polska śpiewaczka operowa (również w stanie spoczynku).

Trattoria Riccardo... Miło tu, więc biesiadzie nie byłoby końca, gdyby nie późna pora. Dziewczyny mieszkają po sąsiedzku, na jednej z naszych ulubionych kwater, u pani Jadwigi. Ciasno tam trochę, lecz urok wspólnego poddasza jest bezcenny. No i nie trzeba już wędrować w głąb lądu. Faceci mają trudniej, ich Kuba skierował do "Spokojnego Rancho", magiczne miejsce, lecz oddalone od morza i trudno tam trafić. Niestety, nie możemy nocować wszyscy razem, bo jest nas zbyt dużo, a kwatery tu małe.

Kuba przysyła SMS dla debiutantów, z opisem dojścia na skróty do "Rancho". Jest tak skomplikowany, że postanawiają pójść tam drogą, dookoła. "Weterani" znają jednak te ścieżki, więc poprowadzą resztę. Zmrok zapada, gdy wszyscy docierają do celu. Gospodarz - jak zwykle o tej porze - przyprowadza z łąki kucyka. Ile to już lat panie Czesławie? Czy to wciąż ten sam kucyk?
2020-05-16 08:00

Pierwsza Wirtualna Przechadzka - dzień siódmy: Jarosławiec - Ustka



I znowu nie mamy pozwolenia na przejście plażą z Jarosławca do Ustki, przez poligon. Obecny komendant chyba w ogóle nie wydaje przepustek turystom. Szkoda, lecz trudno mu się dziwić, bo nie dowodzi obozem skautów, a cywil na terenie to kłopot. Trudno, pójdziemy dookoła.

Dzielimy się na dwie grupy. Połowa obejdzie poligon bez wahania, połowa najchętniej pojechałaby autobusem. Idziemy jednak wszyscy razem, bo jeżdżący "od zawsze", poranny PKS do Ustki, w tym roku nie kursuje.

Pierwsze na trasie są Jezierzany. Mijamy malowniczą przystań nad Jeziorem Wicko i skręcamy w stronę Łącka, w oddali już widać wieżę kościoła. Zapewne za chwilę poczujemy ten obłędny zapach lokalnej piekarni, zawsze kupujemy w niej drożdżówki i bułki.

Mijamy piekarnię, jest zamknięta na głucho, a szyld zniknął. Chyba już nie istnieje. Nie istnieje też dom szachulcowy, którego postępujący upadek oglądaliśmy rokrocznie. Za to w miejscu polnej drogi do Korlina, pojawił się asfalt. Cóż - signum temporis. Dobrze, że chociaż konie pasą się przy niej jak dawniej. I skowronki śpiewają niestrudzenie.

W Korlinie kolejny nowy asfalt - na dawnym szlaku pieszym - prowadzi nas skrótem do Królewa. Tu odłącza się od nas grupa Kazia, który na Google Maps wypatrzył stąd krótszą trasę do Ustki, prowadzącą - jak twierdzi - drogami polnymi. Zastanawiamy się czy całą grupą nie iść z nimi, bo na starszych wersjach map szlak rzeczywiście prowadzi tamtędy, lecz skoro zmieniono mu przebieg i wytyczono inaczej, to chyba nie bez powodu? Dowiemy się w Ustce.

Zostajemy zatem na szlaku, który dalej prowadzi szosą, przez Królewo, Złakowo, Zaleskie. Ruch jest niewielki, nie uprzykrza marszu, pola aż po horyzont są żółte od rzepaku, świeci słońce, szumi wiatr i... wiatraki. Ich farmy też sięgają horyzontu.

W Zaleskim dzielimy się ponownie. Cześć idzie stąd do Ustki czerwonym szlakiem, trasą ładniejszą, lecz dłuższą: przez Starkowo, Wodnicę i Rezerwat Buczyna nad Słupią. Część wybiera krótszy wariant: ścieżką rowerową, wzdłuż szosy, przez Duninowo, wprost do Ustki.

Na kwaterę przychodzimy dość wcześnie, najpierw grupa idącą najkrócej, potem ta, która wędrowała szlakiem, a na końcu "kaziowa". Uśmiechnięci od ucha do ucha, lecz zabłoceni również po uszy, Google Maps wyprowadziły ich w pole. Dosłownie...

Idziemy do portu, pod latarnię i Syrenkę, cieszymy oczy Bałtykiem, którego dziś nie widzieliśmy wcale. Potem czas na bar "Kwadrans", jeden z najsympatyczniejszych na trasie. Tylko skąd ta nazwa? My spędzamy w nim dwa razy po trzy kwadranse.

Na kwaterze już czeka Mariusz, który - jak zwykle - dołącza do Przechadzki w Ustce. I znowu planuje dojść tylko do Karwi. To jego sztandarowy odcinek. Jak zawsze przywiózł domowy chleb i swoją nalewkę. Oj, nie pójdziemy dzisiaj spać wcześnie... A jutro trzeba wstać wcześniej, bo przed nami dłuższy etap.
2020-05-15 08:00

Pierwsza Wirtualna Przechadzka - dzień szósty: Dąbki - Jarosławiec



Pomimo dnia rekreacyjnego i tak prawie wszyscy wychodzimy o ósmej. Cóż, siła przyzwyczajenia. Rytm Przechadzki jest prosty: wyjść, przejść, dojść, pogadać, odpocząć. I to się wcale nie nudzi. W drzwiach żegna nas gospodarz "Fregaty", pan Patryk.

Piasek na odcinku do Darłówka jest "ciężki", więc tak daleko jak można idziemy drogą leśną, wzdłuż plaży. Schodzimy jednak nad Bałtyk, gdy dukt zaczyna skręcać w głąb lądu. Po kilkuset metrach przeszkoda: ujściem Leniwca, które zwykle jest zasypane piaskiem, tym razem płynie woda. Nie mamy wyboru, trzeba dojść do mostu, na szczęście niedaleko.

Pierwsza, tuż przed nami, idzie Kasia, podchodzi do nurtu by sprawdzić głębokość wody, bo jednak ma nadzieję na przejście i nagle, w ułamku sekundy zapada się w piasku po uda. Kurzawka! Tak - nie wiedzieć dlaczego - nazywane są takie pułapki: zaskakująco grząskie, głębokie dołki, wypełnione rzadkim piaskiem wymieszanym z wodą. Zupełnie ich nie widać, zdarzają się rzadko (zazwyczaj przy ujściach rzek), ale każdy z "długodystansowców" zaliczył chociaż jedną.

Kasia błyskawicznie przewraca się, aby rozłożyć ciężar - jak na pękającym lodzie. Ktoś podaje jej kijek, ktoś robi zdjęcia; nic się nie stało, ale w jej butach chlupie woda, a spodnie ma mokre po uda. Znakujemy miejsce, Kuba wysyła ostrzeżenie do idących na końcu, ruszamy dalej.

Darłówko już z daleka anonsuje gmach postawiony kilka lat temu nieomal na piasku. Z tej perspektywy wygląda, jak gdyby unosił się nad wodą. Skutecznie zasłania wszystko, z latarnią włącznie. Kto na to pozwolił? Podobno sztormy już dają mu radę, więc zapewne niedługo postoi.

W Darłówku, tuż za mostem, po prawej stronie, jest "nasza" kawiarnia: "Ambrozja". Zasłużyliśmy sobie na przerwę. Kawa, ciastko, a dla debiutantów "dyżurna" anegdota o Jurku, który, dawno temu, na Lutowym Spacerze kupił sobie w Darłówku wędzoną makrelę. A, że mróz był wówczas siarczysty, to przyszedł z nią do "Ambrozji", usiadł w kąciku i rozwinął chyłkiem. Miny ekspedientek, które poczuły w cukierni ten zapach, nadal nas cieszą.

Czas ruszać w dalszą drogę. Idziemy groblą, z której Bałtyk widać z efektownej perspektywy, innej, niż poziom morza. Ujście kanału jest zasypane piaskiem, więc pokonujemy je bez trudu, lecz znów wspominamy Jurka, który kiedyś, przez rwący nurt, został na drugi brzeg przeniesiony w łyżce, pracującej tu akurat koparki.

Grobla kończy się tuż za kanałem. Wchodzimy do lasu... I znowu, który to już raz, wita nas asfalt ścieżki rowerowej. A taki przyjemny dukt prowadził tędy jeszcze kilka lat temu...

Wicie widać między drzewami już z daleka. Wspominamy, jak podczas jednej z pierwszych Przechadzek przeoczyliśmy tę miejscowość, bo była cichą, niewielką osadą, ukrytą w lesie. Teraz prowadzi tam promenada, obstawiona domami, a nowy parking ciągnie się bez końca. Chyba żaden z kurortów nie rozbudował się tak błyskawicznie, chociaż zmiany widać we wszystkich.

Zatrzymujemy się przy głazie wyznaczającym środek naszego wybrzeża. Jakim cudem połowę? Kilka lat temu, na PoPiasku.pl, Staszek opublikował tekst, w którym zmierzył się z tym tematem. I chociaż środek wyliczał na wiele sposobów, to jednak żaden z nich nie wskazał na to miejsce. Najbliższe jest dwa kilometry dalej, niefortunnie, bo w lesie - in the middle of nowhere - kto by tam chodził? Wizerunkowi osady lepiej służy więc ta lokalizacja głazu, przy promenadzie.

Rozdzielamy się. Część wychodzi nad Bałtyk zejściem, na którego ścianach namalowano fasady kamienic. Część idzie dalej leśnym asfaltem. To tędy prowadziła "drewnianka", droga z podkładów kolejowych, ułożona by furmanki nie zapadały się w piasek. Widać ją było jeszcze w kilku miejscach zanim wylano ten asfalt.

Kilometr dalej nowy asfalt wyprowadza nas na... Hmmm... Ten pas betonu ma taką dziwną nazwę... Drogowy Odcinek Lotniskowy - ktoś podpowiada. No właśnie, czyli kawałek drogi przystosowanej do lądowania samolotów w czasie wojny, ciągnący się aż do Jarosławca. Dość! Wszyscy schodzimy na plażę.

Piasek jest tu doskonale ubity, "lekki", nogi same niosą, klif Jarosławca efektownie zamyka perspektywę, aż szkoda kończyć ten etap. Jeszcze tylko rzut oka na nowe umocnienia, sztuczne plaże i rafy niemal jak w Dubaju (tu piasek już zasypał zjazdy dla wózków) i idziemy na kwaterę. Czyli - jak zwykle - na sam koniec miejscowości.

Ośrodek, w którym dziś nocujemy, to największa z naszych kwater na trasie. Kilka budynków, domki kempingowe, restauracja, recepcja. Tam musimy zgłosić się po klucze; tym razem Kuba nie podał nam na odprawie numerów pokoi, bo sam ich nie znał. Kilka lat temu, za poprzednich właścicieli, w cenę noclegu mieliśmy wliczone kiełbaski oraz ognisko. Teraz za obiadokolację trzeba dopłacić, nie narzekamy, bo ciepły posiłek i tak zjeść warto.

Spotykamy się więc o osiemnastej, w restauracji. Chyba po raz pierwszy wszyscy uczestnicy Przechadzki mieszczą się przy jednym stole. Bo w Wisełce musieliśmy zsunąć ze sobą kilka. Ale kiedy to było? Na samym początku drogi. Dzisiaj, właśnie w Jarosławcu, minęliśmy połowę. Od jutra będzie "z górki". Trochę szkoda.
2020-05-14 08:00

Pierwsza Wirtualna Przechadzka - dzień piąty: Sarbinowo - Dąbki



Ruszamy o ósmej. Przed startem Kuba zaprasza na jutrzejszą odprawę... dziś wieczorem. "Weterani" wiedzą dlaczego, debiutanci muszą uzbroić się w cierpliwość. Tym razem wspólne zdjęcie pstrykamy na promenadzie, bo nasza kwatera jest tak blisko morza, że nie zdążyliśmy się rozproszyć przed dojściem na plażę.

Rozpraszamy się za to niebawem po zrobieniu "fotki", bo część od razu schodzi nad Bałtyk, a część wybiera wariant lądowy. Przy leśnej drodze, przed wejściem do Chłopów, stoi tablica z nazwą miejscowości i znakiem ograniczającym prędkość do czterdziestu kilometrów na godzinę. Wspominamy, jak kilka lat temu, bodaj podczas Lutowego Spaceru, wszyscy mężczyźni uczestniczący w wyprawie ustawili się przed tymi znakami i poprosili o zrobienie zdjęcia. A potem cieszyli się, że na fotografii są chłopy przed czterdziestką, chociaż z metryk kilku pozujących wynika inaczej...

Z przyjemnością przechodzimy przez Chłopy, lubimy tę cichą, malowniczą, nastrojową miejscowość i nawet kilka nowych pensjonatów nie psuje jej uroku. Zatrzymujemy się na krótką sesję fotograficzną przy Szesnastym Południku i ruszamy dalej leśną drogą. Jeszcze dwa lata temu dukt był tu sympatyczny, gruntowy, teraz na całym odcinku leży asfalt, upstrzony piktogramami rowerów. No tak, z pewnością na dwóch kółkach wygodniej się jedzie po twardym, lecz przykro pomyśleć ile drzew tu wycięto, w imię ekologii tego środka transportu. I jak przy tym zeszpecono krajobraz.

Wchodzimy do Mielna, część ulega kuszeniu "Biedronki", część rozgląda się już za kawiarnią. Pora wprawdzie jest wczesna, lecz później może już nie być okazji. Na plaży zostają niedobitki, większość postanawia przejść przez miejscowość, bo nawet przed sezonem ma niepowtarzalny klimat... Disneylandu.

Wybór dalszej drogi jest trudny, bo i plaża jest piękna i deptak wzdłuż Jeziora Jamno malowniczy. Wybieramy deptak, bo część ekipy go nie zna, istnieje od niedawna. W Unieściu mijamy dom mieszkającego tu "długodystansowca", Wojtka. Zastanawiamy się, czy i tym razem spotkamy go malującego siatkę. A takich przypadkowych spotkań było tu już kilka. Żartujemy, że Wojtek nic innego nie robi, tylko wciąż maluje siatkę. Tym razem jednak ma chyba inne zajęcie. Przyglądamy się siatce. Wygląda na świeżo pomalowaną...

Trzy kilometry dalej, w miejscu, gdzie jeszcze niedawno szumiał las, stoi dziś gigantyczny hotel. Aż przykro patrzeć. I wąchać też nieprzyjemnie, bo wiatr przynosi tu zapach z pobliskiej oczyszczalni. Współczujemy gościom...

Mijamy oczyszczalnię i most na Kanale Jeziora Jamno. Większość schodzi na plażę, lecz kilka osób pochopnie wybiera rowerową ścieżkę, prowadzącą wzdłuż drogi. W Łazach usłyszymy co o niej myślą.

Ktoś woła: Zobaczcie, pingwiny! Pingwiny? Tutaj? Wolne żarty. Ale rzeczywiście, na stojącym w morzu falochronie namalowane jest stadko pingwinów. Wyglądają tak realistycznie, że można ulec złudzeniu. Nawet - również namalowana - mewa przelatująca nad nimi, rzuca z góry swój namalowany cień, jak prawdziwa.

Bałtyk z lewej strony? Zgadza się. Idziemy zatem w stronę Łazów. Długie etapy zawsze dzielimy na krótsze odcinki, tak jest łatwiej. W oddali widać wieżę, przy której zejdziemy z plaży.

W Łazach przerwa, siadamy przy stołach nieczynnej smażalni, pod domem Jarka Traczyka. Dawno, dawno temu, podczas Lutowego Spaceru, zaprosił wszystkich uczestników na obiad. Nie spotkamy się z nim, zmarł przed kilkoma laty.

Przed nami kilometry bezludnej plaży, pierwsze cztery - do Dąbkowic - musimy pokonać po piasku, nie mamy wyboru, bo po wydmach nie prowadzi żadna z legalnych ścieżek. Trochę nas to martwi, gdyż nad Bałtykiem zbierają się ciemne, deszczowe chmury. Na horyzoncie widać smugi opadów, wiatr się wzmaga. Rozpoczynamy wyścig...

Ulewa depcze nam po piętach, ale widzimy już pierwsze wejście do Dąbkowic. Wbiegamy po schodach, zastanawiając się co nas tu czeka. Dąbkowice są najmniejszą z nadbałtyckich osad, na stałe nie mieszka tu nikt. Nasze schody prowadzą na teren nieczynnego ośrodka. Nie raz już zdarzyło się, że nie można było tędy przejść, bo albo furtka wejściowa straszyła kłódką, albo brama wyjazdowa była zamknięta. Tym razem przechodzimy.

No dobrze, ale co dalej? Nawałnica pędzi za nami. W Dąbkowicach jest tylko jeden lokal, jedyny dach nad głową w okolicy - kawiarnia w ośrodku Mierzeja - o tej porze raz zamknięta, raz czynna. Jak będzie tym razem? Jest czynna! Bingo! Wpadamy do środka w pierwszych strugach deszczu. Wspaniale wygląda ta ulewa przez szybę, a kawa z ciastem smakują wyśmienicie.

Ostatnie sześć kilometrów, do Dąbek, idziemy leśną drogą. Przestaje padać, nad głowami coraz więcej błękitu, mokrą zieleń rozświetlają promienie słońca, śpiewają ptaki. Jest pięknie!

Dąbki, "Fregata". To jedna z naszych ulubionych kwater, najwygodniejsza. Duże pokoje, obszerne łazienki, olśniewająco białe ręczniki, szerokie łóżka, balkony. Jest też dobrze wyposażona kuchnia, lecz nikt z nas z niej nie korzysta, bo w Dąbkach mamy aż kilka "swoich" lokali. Dziś wybieramy Gospodę Pod Laguną, spotykamy się tam prawie wszyscy.

Dwie godziny mijają niepostrzeżenie, czas wracać na wieczorną - jutrzejszą odprawę. Gromadzimy się w holu, przy kominku, na parterze "Fregaty". Wspominamy bezcenne ciepło tego kominka witającego nas na zimowych wyprawach. Wspominamy też przemoczone buty Szymona, lekkomyślnie zostawione przy ogniu. Bo wprawie wyschły na pieprz, lecz skurczyły się przy tym o numer. I Szymon szedł w nich stąd aż do Ustki, gdyż etap był wówczas podwójny.

Wspomnieniom nie byłoby końca, gdyby nie Kuba proszący o ciszę. Zaczynamy odprawę. Jeszcze tylko drobna roszada, bo jeden z debiutantów zajął ulubione miejsca przewodnika - na najwyższym ze schodów - szybko więc zostaje sprowadzony do parteru, a ściślej: uprzejmie zaproszony na parter.

Dlaczego jutrzejsza odprawa jest dzisiaj? Bo jutro najkrótszy odcinek, tak zwany "rekreacyjny", niecałe 25 kilometrów, nie będzie więc wspólnego startu, można wyspać się i wyruszyć później. Kuba szczegółowo opowiada o trasie, dziś może rozwinąć skrzydła, bo nie przytupujemy niecierpliwie tak, jak przed porannym wyjściem. Uprzedza o gnieździe sieweczek na plaży w Bobolinie, prosi, by kosz, którym jest osłonięte obejść szerokim łukiem. Zbiera też zamówienia na jutrzejszą obiadokolację w ośrodku, w którym będziemy nocować. To jedyna z naszych kwater serwująca posiłki, więc wprawdzie w Jarosławcu mamy kilka sprawdzonych lokali, lecz zgłaszamy się wszyscy, z myślą o integracji.

A po odprawie integrujemy się w jednym z większych pokoi, wszak jutro nie musimy wstać wcześnie...
2020-05-13 08:00

Pierwsza Wirtualna Przechadzka - dzień czwarty: Dźwirzyno - Sarbinowo



I znowu odprawa o siódmej, bo przed nami szmat drogi. Najdłuższy z wszystkich, ponad czterdziestokilometrowy. Najchętniej wyszlibyśmy owinięci w kołdry, ale jakoś nie wypada. Słuchamy więc Kuby szczękając zębami. A długość odprawy jest niestety proporcjonalna do długości trasy.

Wreszcie ruszamy i od razu robi się cieplej. Rząd pensjonatów utrudnia wyjście nad Bałtyk. Część ekipy, klucząc wydostaje się jednak na plażę, część wychodzi dopiero za miejscowością, ale część - aż do Kołobrzegu - idzie asfaltową ścieżką, prowadzącą wzdłuż szosy. Wątpliwa przyjemność.

Kołobrzeg to największe miasto na trasie Przechadzki. Na samo przejście od granicy do granicy przeznaczyć trzeba godzinę. I należy nawigować uważnie, by bez zbędnych meandrów, trafić na most na Parsęcie. Trzeba zejść z plaży w odpowiednim momencie bo kto się rozpędzi i dojdzie do ujścia rzeki, ten będzie musiał wracać z powrotem.

Schodzimy z plaży i kierując się znakami idziemy w stronę Parsęty, kilkaset metrów przed mostem ktoś proponuje skrót: na ukos wzdłuż płotu i przez most kolejowy. No, niby nie wolno chodzić tamtędy, ale wydeptana ścieżka wskazuje na to, że miejscowi korzystają z niej chętnie. Korzystamy zatem i my, bo każdy skrót jest bezcenny. Ale przez most kolejowy przebiegamy truchtem.

W Kołobrzegu do Przechadzki ma dołączyć Robert. Jego pociąg właśnie kończy bieg, więc idziemy przywitać go na dworcu. Umówieni tam jesteśmy też z Basią. Ciekawe, czy został jej jeszcze kawałek sernika? Kiedyś na stacji była bardzo przyjemna kawiarnia, idealna na pierwszą dłuższą przerwę, nie omijaliśmy jej nigdy. Teraz działa tam "second hand". Ale na co nam "second hand"? W Dźwirzynie dokupilibyśmy w nim kilka koców, ale tutaj? Tutaj jest ciepło. A nawet bezpłatnej toalety w nim nie ma. W kawiarni była.

Spotykamy się więc z Basią i Robertem na peronie. Basia prowadzi stawkę w kierunku schodów nad torami. Dopiero na końcu peronu orientujemy się, że akurat ten nie sięga do schodów. Oj, Basiu, Basiu - czy Ty przypadkiem nie mieszkasz w Kołobrzegu? Nie jesteś tu u siebie? Wracać? Mowy nie ma! Przy tak długiej trasie szkoda każdego metra. Na szczęście dwie stojące za siatką kobiety, widząc nasze rozterki, wskazują dziurę w płocie. Ustawiamy się do niej w kolejce, jesteśmy uratowani, nie musimy wracać!

Po tej przeprawie przez tory zmierzamy nad morze. Przy Pomniku Sanitariuszki rozdzielamy się, część idzie w stronę latarni i licznych przy niej kawiarni (oni - przez chwilę - będą mieć Bałtyk z niewłaściwej, prawej strony), reszta skręca na wschód. Plaża jest tu tak zatłoczona, że nikt z nas nie próbuje tam zejść, wychodzimy z Kołobrzegu deptakiem. Droga ciągnie się w nieskończoność, tak jak ciągną się stawiane tu od kilku lat apartamentowce.

Nasza grupa ponownie dzieli się: jedni idą z Basią do obrotowej kawiarni na ostatnim piętrze hotelu "Arka" (drogo tam, ale widok wspaniały, latarnia morska może się schować...), drudzy z niecierpliwością schodzą nad Bałtyk, bo tłum spacerowiczów został już za nami, reszta idzie w stronę Podczela traktem pieszo - rowerowym.

Rok czy dwa lata temu przejść się tędy nie dało, gdyż poszerzano ścieżkę. A podczas pierwszych Przechadzek przejście groziło mandatem. Bo wprawdzie "od zawsze" prowadzi tędy szlak pieszy, lecz moda na wytyczanie tras rowerowych sprawiła, że władze Kołobrzegu, wybrały rozwiązanie najprostsze: wybrukowały szlak turystyczny i - oznaczając go jako ścieżkę rowerową - zamknęły dla pieszych. A Straż Miejska karała osoby spacerujące po szlaku... Po setce interwencji zrezygnowano z tego absurdu, lecz sytuacja prawna przez wiele lat nie uległa zmianie i do Solnego Bagna legalnie można było dostać się tylko na rowerze. My rowerów nie mamy, lecz problem już nas nie dotyczy i ten piękny odcinek możemy pokonać beztrosko.

Za Podczelem kolejne roszady: większość wybiera plażę, bo dziś - jak na razie - czujemy jej niedostatek, ale kilka osób zmierza do Ustronia traktem prowadzącym wzdłuż starego, wpierw Luftwaffe, a potem Północnej Grupy Wojsk lotniska. Tak, tak, kiedyś w tych schrono-hangarach stacjonowały myśliwce Armii Czerwonej.

Spotykamy się w Ustroniu, zasłużyliśmy na solidną przerwę i ciepły posiłek. Idziemy do restauracji na końcu molo, duży stół na środku jest wolny, więc swobodnie mieścimy się przy nim wszyscy. Kelnerka przynosi karty, miny nam rzedną... Ceny jak na Hawajach. Wycofujemy się, mówiąc zdziwionej kelnerce, że ktoś z naszej ekipy już zajął nam miejsca gdzieś indziej. Mijamy restaurację, w której Adam za nic w świecie nic nie zje, bo kiedyś po tutejszym obiedzie cudem dobiegł w krzaczki i nie chce ryzykować więcej. Do trzech razy sztuka, Kaziu prowadzi do "Pestki". I to jest strzał w dziesiątkę.

Do ujścia Rzeki Czerwonej idziemy grupami, część plażą, część leśną drogą. Spotykamy się na moście. Nurt rzeki jest bury, zapewne od rud żelaza, lecz gdzie mu tam do czerwieni. Za mostem schodzimy nad Bałtyk, bo leśna droga wchodzi w głąb lądu. Mijamy ziemiankę, w której przez wiele lat mieszkał bezdomny, lecz dzisiaj wygląda na opuszczoną.

Na plaży pusto, tylko przy samym ujściu koczuje kilku wędkarzy. Wzdłuż wybrzeża ciągną się niewysokie klify, piękny jest ten odcinek, ale zmęczenie daje się nam już we znaki. Wreszcie widzimy radar, znak, że za kwadrans zobaczymy latarnię, przy której planujemy odpocząć.

Dzisiaj Gąski są puste, latarnia zamknięta. Cisza, słychać piski gniazdujących tutaj jerzyków i... Co to? Gdakanie? Rozglądamy się dookoła... Tak po trawniku chodzą liliputki, pieje kogut, sielanka... A rok temu, lub dziesięć (bo kto by to dokładnie pamiętał) ścigaliśmy się na schodach latarni z zieloną szkołą i graliśmy w cymbergaja.

Ostatnie pięć kilometrów... Drogą, czy plażą? Plażą ładniej. No i widać już wieżę kościoła. A Kuba na odprawie pocieszał, że nasze lokum będzie wcześniej. On doprawdy potrafi dodać otuchy, przecież to jeszcze szmat drogi!

Resztką sił wchodzimy do Sarbinowa, jak to dobrze, że nasza kwatera jest w centrum!
2020-05-12 08:00

Pierwsza Wirtualna Przechadzka - dzień trzeci: Pobierowo - Dźwirzyno



Dzisiaj odprawa o siódmej, bo przed nami długa droga. Wyruszamy całą grupą i do Pustkowa idziemy razem, leśną drogą. Tu zatrzymujemy się na moment przy krzyżu, "replice" tego stojącego na Giewoncie. Nasz, nadmorski jest nawet o metr wyższy!

Za Pustkowem rozdzielamy się, kilka osób schodzi na plażę, lecz większość nadal wędruje szlakiem, aby - już po raz kolejny - zobaczyć słynne ruiny kościoła. Kilka lat temu, cały rozległy plac przed nimi wyłożono płytami, więc teraz bardziej tu widać ich szarą, przytłaczającą powierzchnię, niż niewielką ściankę z cegieł - czyli wszystko, co zostało z kościoła.

Wybór dalszej drogi jest trudny, bo obydwie są piękne: ze ścieżki malowniczo poprowadzonej przy krawędzi klifu Bałtyk wygląda przepięknie, lecz z dołu ruiny kościoła wreszcie robią imponujące wrażenie, a w ścianie klifu wzrok przyciąga kolonia jaskółek brzegówek. Ruch panuje tu ogromny, co chwilę do nor wlatują kolejne ptaki, aby po chwili z nich wyfrunąć. Zapewne karmią już młode. Część z nas zatem wędruje górą, a część schodzi na plażę schodami z platformy widokowej, postawionej tu dziesięć lat temu.

Następny po drodze jest Rewal i tu nadal ścieżki naszej ekipy prowadzą równolegle: przez miejscowość lub plażą. Za to prawie w komplecie spotykamy się pod latarnią morską w Niechorzu. Ławek tu tyle, że każdy może wygodnie odpocząć. Niechorze kusi też Parkiem Miniatur Latarni Morskich, jeszcze zamkniętym, więc oglądamy go przez siatkę, i otwartymi już kawiarniami, którym trudno się oprzeć.

Nagle do wszystkich przychodzi SMS, telefony odzywają się niemal równocześnie. Skoro tak, to na pewno jest to komunikat od Kuby. Codziennie wysyła ich po kilka - w kwestiach organizacyjnych lub topograficznych: przypomina o odprawach, uprzedza o niezapowiedzianych przeszkodach, anonsuje atrakcje, proponuje modyfikacje trasy. Dzięki temu nawet rozciągnięci na dystansie wielu kilometrów lub wędrując samotnie jesteśmy na bieżąco informowani o najważniejszych sprawach. Czasem też ktoś z nas przekazuje Kubie swój komunikat, z prośbą o przekazanie wszystkim. Na przykład, że poleca jakąś knajpkę lub tam zaprasza. Do historii przechadzkowych anegdot przeszła już informacja, że jedna z uczestniczek czeka na chętnych w... "Łóżku" czyli jednym z jastarniańskich lokali. Na razie jednak jesteśmy w Niechorzu, więc trzeba przeczytać wiadomość od Kuby. Już nauczyliśmy się, że jeżeli dziesięć telefonów równocześnie oznajmi nadejście SMS-a, to wystarczy, iż po "komórkę" sięgnie jedna osoba i przeczyta komunikat pozostałym. Co więc tym razem? Kuba - jak zwykle - wyprzedza stawkę: właśnie mija ujście Kanału Liwia Łuża i zawiadamia, że tym razem jest zasypane piaskiem, więc nie trzeba nadkładać drogi wchodząc w głąb lądu, do mostu lub przepustu. Skoro Kuba już tam jest, to może my też ruszymy w dalszą drogę? A może - lepiej - zamówimy jeszcze po ciastku i kawie? Nigdzie nam się przecież nie śpieszy.

W końcu jednak czas ruszyć w drogę, bo przed nami jeszcze jej szmat. Mijamy Pogorzelicę i wchodzimy na pierwszy podczas Przechadzki tak bezludny odcinek. Przez dwanaście kilometrów, aż do Mrzeżyna nie ma żadnych miejscowości, to dawne tereny wojskowe, jeszcze nie tak dawno zamknięte dla postronnych. Kilka osób wybiera szlak rowerowy, przez las, po płytach i bruku drogi wiodącej przez dawną jednostkę. Większość jednak schodzi nad morze. Ci wybrali lepiej, bo ten odcinek jest olśniewający. Plaża pusta aż po horyzont, błękit i obłoki nad głową, słońce i wiatr w plecy. Rytm marszu oszałamia nawet najodporniejszych. Dwie godziny mijają niepostrzeżenie. Coraz wyraźniej widać pirs portu w Mrzeżynie.

A skoro Mrzeżyno, to Smażalnia u Rybaka Mariana. Idziemy tam prawie wszyscy, schodzimy się sukcesywnie, gdyż grupa jest rozciągnięta na bardzo długim dystansie. Pani Iwona wita nas serdecznie, bo wprawdzie spotykamy się raz w roku, lecz pamiętamy o sobie przez cały. Tutejsza zupa rybna nie ma równych sobie. Przed rokiem wygrała w rankingu przeprowadzonym przez Maję, testującą nadmorskie lokale. Reszta menu też jest prima sort! Kuba - jak zwykle - wpadł tu, aby się przywitać i zaanonsować nasze przyjście, lecz popędził dalej, nie zatrzymując się na obiad. Znowu więc pani Iwona zawija w folię dwa krokiety z dorsza, które Małgosia zaniesie Kubie do Dźwirzyna. I znowu nie pozwala za nie zapłacić.

Dźwirzyno, Dźwirzyno... A tak dobrze nam tu, w Mrzeżynie... I nic nie zakłócałoby sielanki, gdyby nie wizja tych siedmiu kilometrów finiszu przed nami.

O drodze z Mrzeżyna do Dźwirzyna, trudno powiedzieć coś ponadto, że cały czas zastanawialiśmy się na tym jak - z zemsty za tych siedem kilometrów - zamordujemy Kubę po dojściu na kwaterę. O ile wystarczy nam siły na taki wysiłek. Nie wystarczyło... Całe szczęście, że przynajmniej "Biedronkę" mamy tuż za rogiem.

Kwatera w Dźwirzynie jest dość specyficzna, ma swoje mocne i słabe punkty. Bo z jednej strony przyjemne, wewnętrzne patio sprzyja integracji, lecz z drugiej, w pokojach jest tu tak zimno, jak nigdzie na trasie. Budynek mamy wolnostojący i nikt tu jeszcze w tym sezonie nie nocował przed nami, więc chłód czai się wszędzie. Gospodyni przynosi koce, a dla dziewczyn Kuba zdobył "farelkę", lecz pomaga to niewiele.

Odwiedza nas - mieszkająca w Kołobrzegu - Basia. Przyjechała tu na rowerze, dziesięć kilometrów w jedną stronę. Nie może dołączyć do Przechadzki, więc postanowiła przynajmniej spotkać się z nami. Przywiozła sernik własnej roboty, przepyszny! Narożnik patia jest jeszcze oświetlony słońcem, siadamy tam z Basią, by złapać ostatnie smugi ciepła. Jednak wieje tak zimny wiatr, że mniej wytrwali umykają z kawałkami sernika od razu. A gdy słońce znika za winklem czmychają nawet największe łasuchy.

Jak tu wziąć prysznic w tym igloo? Czym jeszcze przykryć się w łóżku? Co jeszcze założyć na siebie? Czy jedna czapka wystarczy? Skąd wziąć drugą? Przechadzkowe dylematy...
2020-05-11 08:00

Pierwsza Wirtualna Przechadzka - dzień drugi: Wisełka - Pobierowo



Odprawa o ósmej, na zewnątrz. Większość już od kilku minut czeka na rozpoczęcie. Kuba - również jak zwykle - prowadzi odprawę ze schodów. Twierdzi, że po to, aby słychać go było lepiej, lecz my i tak wiemy, że chce sobie popatrzeć na nas z góry.

"Weterani" znów słuchają jednym uchem, debiutanci coś tam notują skrzętnie. Kuba opowiada o dzisiejszej trasie - jej przebiegu, wariantach, miejscach wartych uwagi, gastronomii i sklepach po drodze, a w końcu - o zakwaterowaniu na mecie. Jeszcze "fotka" na PoPiasku.pl i można ruszyć nad Bałtyk.

Wkrótce rozsypujemy się, dzieląc na małe grupki - część idzie najkrótszą drogą nad Bałtyk, część wybiera jeden z prowadzących na plażę szlaków, a część postanawia wspiąć się pod latarnię Kikut, najniższą z wszystkich, lecz stojącą najwyżej, na naprawdę sporym wzniesieniu. Wejście na szczyt to istna górska premia. Jak to dobrze, że latarnia jest niedostępna i nie trzeba wspinać się jeszcze pod jej laternę.

Sukcesywnie kolejne grupki schodzą nad Bałtyk, rozciągając Przechadzkę na dystansie dwóch - trzech kilometrów. Jest rześko, lecz słonecznie i pusto aż po horyzont. Klify są coraz niższe, a rytm marszu wyznacza widoczny w oddali jeden, wyższy od pozostałych, sięgający dalej w głąb plaży, z drzewem wciąż balansującym na krawędzi. Gdy podchodzimy bliżej pionowa ściana budzi respekt i zmusza do zachowania dystansu.

Po kwadransie mijamy pierwsze z wejść prowadzących do Międzywodzia, a chwilę później zauważamy w oddali pierwszą dwójkę spacerowiczów - znak, że zbliżamy się do miejscowości. Mijając ich mówimy "dzień dobry", tak mało tu ludzi, że nie sposób przejść obok bez słowa. Niekiedy takie przypadkowe rozmowy trwają dłużej, a zainteresowanym naszą wyprawą rozdajemy kalendarzyki.

Dochodzi godzina dziesiąta, większość z nas mija Międzywodzie plażą, bo za wcześnie jeszcze, by wstępować do miejscowości na kawę. A zresztą konia z rzędem temu, kto w maju, o tej porze znajdzie tam otwarty lokal.

Za to do Dziwnowa wchodzą już wszyscy, bo ujście Dziwnej zmusza do przejścia przez most. Chwilę wcześniej, po drugiej stronie rzeki minęliśmy Kapitanat Portu, którego bosmanem jest "nasz" długodystansowiec - Paweł. Tym razem akurat ma służbę, więc wyszedł przed budynek. Machamy mu i rozmawiamy przez telefon, aby nie krzyczeć przez wodę.

Większość zatrzymuje się w Dziwnowie, bo nie brak tu czynnych sklepów i knajpek. Większość też po przerwie nie wraca wprost na plażę, bo przejście przez tę barwną miejscowość jest atrakcją samą w sobie. Natomiast do Dziwnówka część postanawia iść plażą, część wzdłuż drogi, a część leśną ścieżką edukacyjną. Ci mają pecha, bo trafiają na rozminowywanie terenów wojskowych sąsiadujących z duktem i muszą wrócić z powrotem do drogi.

Dochodzimy do Dziwnówka, widok od strony morza jest iście kuriozalny: kilka dziesięciopiętrowych, ponurych, betonowych, wieżowców stojących niemal na plaży. Przez wiele lat sprawiały wrażenie opuszczonych, zapomnianych, na wpół kosmodrom, na wpół Czarnobyl. Teraz jakiś inwestor próbuje przysporzyć im blasku, lecz wciąż wyglądają okropnie.

Do Pobierowa, czyli na metę dzisiejszego etapu, zostało nam dziesięć kilometrów. Wędrujemy na przemian plażą i leśną drogą, trochę gwoli urozmaicenia oraz aby pozwolić nogom odpocząć, a trochę dlatego, że obydwie trasy są piękne, więc warto nacieszyć się każdą.

Pobierowo widać z daleka, anonsuje je rusztowanie rozebranej zjeżdżalni i całkiem spory tłumek plażowiczów. Wchodzimy na początku miejscowości i idąc na kwaterę jej "Krupówkami", czyli główną ulicą prowadzącą wzdłuż morza, z każdym krokiem bardziej narzekamy na Kubę. Czy nie mógł znaleźć lokum bliżej centrum? Czy musimy nocować na końcu Pobierowa? Dalej się już nie dało? Tak, wiemy, że jutro dzięki temu będziemy mieć bliżej do wyjścia, lecz dzisiaj mało nas to obchodzi. I wiemy też, że trudno jest znaleźć kwaterę, która przyjmie dwadzieścia osób na jedną noc, ale gdyby tak poszukać lepiej?

Po drodze cześć ekipy wstępuje na obiad, aby po przyjściu na kwaterę nie wychodzić już nigdzie, a niemal wszyscy robią zakupy w "znajomym" sklepie spożywczym, pod szyldem "Sandra". Tuż za progiem nasze wejście anonsuje znajomy gwizd maskotki - świstaka. Podobno w sezonie jest wyłączany, bo trudno byłoby z nim wytrzymać, lecz o tej porze roku, w pustym sklepie, skutecznie wywołuje personel z zaplecza. Zawsze tu wstępujemy, więc chociaż jesteśmy rzadkimi gośćmi, to i tak ekspedientki doskonale nas pamiętają. I znów każda dostaje kalendarzyk.

Wreszcie, niemal na końcu Pobierowa widzimy znajomą furtkę i chodnik, prowadzący do "Agi", to nasza dzisiejsza kwatera. Biada debiutantom, którzy korzystając z nawigacji, pójdą - zgodnie z jej adresem - dookoła.

Warunki są tutaj umiarkowane, pokoje niewielkie, lecz wszystkie z łazienkami, więc nie sposób narzekać. Zresztą Kuba ma sentyment do "Agi", bo to bodaj jedyna kwatera, na której nocowały wszystkie Przechadzki, poczynając od Pierwszej. Jej atutem jest też duża kuchnia, w której cała grupa może się zmieścić swobodnie. I znów prym wiedzie Adam, wspominając kominek, który ogrzewał nas tu podczas jednego z Lutowych Spacerów oraz pokój, w którym został zakwaterowany: bez kaloryfera. Do naszych wyprawowych annałów przeszła już anegdota o Adamie, pukającym do gospodarza, z prośbą o klucz francuski, którym mógłby przykręcić grzejnik.

Posiady nie trwają jednak zbyt długo, gdyż po trzydziestu kilometrach jesteśmy zbyt zmęczeni na nocne biesiady, a perspektywa jutrzejszych trzydziestu pięciu skutecznie wygania wszystkich do łóżek.
2020-05-10 08:00

Pierwsza Wirtualna Przechadzka - dzień pierwszy: Świnoujście - Wisełka



Przechadzka - jak zawsze - rozpoczyna się na dworcu PKP w Świnoujściu. A godzina startu - jak zwykle - jest dopasowana do przyjazdu nocnego pociągu, którym przybędzie część uczestników. Część, bo niektórzy noc przed startem spędzili w Świnoujściu, więc na stację przychodzą pieszo. A kilka osób nocowało na mecie dzisiejszego etapu, w Wisełce, dzięki czemu pójdą dziś "na lekko", bo główny ich bagaż zostawili w pokojach. Ta grupa więc przyjeżdża na start mikrobusem. Obydwie ekipy spotykają się na dworcu chwilę przed przybyciem pociągu, niecierpliwie czekając na resztę.

Pociąg przyjeżdża punktualnie, w tłumie wysiadających pasażerów łatwo zauważyć "naszych", bo jako jedyni mają plecaki. Reszta to wczasowicze ciągnący walizy na kółkach. A wśród "naszych" łatwo już z daleka odróżnić "weteranów" od debiutantów. Ci z większym bagażem doświadczeń mają mniejsze... plecaki. Na twarzach debiutantów widać niepewność, "weterani" uśmiechają się radośnie. Część podróż spędziła razem, część poznała się po drodze, lecz dopiero tutaj spotykamy się w komplecie. Chociaż... Do kompletu brakuje dwóch osób, nocujących w Świnoujściu, tuż po drugiej stronie rzeki. Czemu ich jeszcze nie ma, skoro mają najbliżej? Kuba dzwoni do spóźnialskich: okazało się, że uciekł im prom i muszą czekać na następny. Czekamy więc wszyscy...

Wreszcie nie brakuje nikogo. Powitaniom nie ma końca, aż trudno uwierzyć, że minął już rok od poprzedniej Przechadzki. Wydaje się jak gdybyśmy ledwie wczoraj wyruszali stąd w drogę... A dziś wyruszyć tak trudno, bo każdy z każdym chce się przywitać, chwilę porozmawiać. Wreszcie Kuba dyscyplinuje towarzystwo, zapraszając na pierwszą odprawę. Zbieramy się w rogu poczekalni, debiutanci bliżej prowadzącego, "weterani" na obrzeżach... Kuba krótko wita wszystkich i przekazuje podstawowe informacje o trasie oraz zakwaterowaniu. Debiutanci słuchają uważnie, "weterani" przez grzeczność, bo sami potrafią powiedzieć to samo. Wszyscy natomiast skrzętnie notują numery pokoi, w których będziemy dzisiaj nocować, aby na mecie uniknąć zamieszania. Wszyscy też śmieją się słysząc zdartą jak stara płyta, lecz sztandarową wskazówkę Przechadzki "pamiętajcie: Bałtyk z lewej strony".

Jeszcze tylko tradycyjne, pierwsze grupowe zdjęcie, na peronie, pod napisem "Świnoujście", które Maja zaraz wyśle Staszkowi do publikacji na PoPiasku.pl i możemy ruszać w drogę. To moment, który część uczestników lubi najbardziej, a część najbardziej nie lubi. Pierwsi lubią, bo jeszcze tyle drogi przed nimi. Drudzy nie lubią, bo aż tyle drogi przed nimi... Grupa rozciąga się, mijający nas przechodnie patrzą ciekawie na dwudziestu ludzi z plecakami, lecz zapewne nikt nie przypuszcza, że planujemy dojść do Helu. Planujemy, bo kto wie, co może wydarzyć się po drodze...

Pierwsze kilometry dłużą się niemiłosiernie, gdyż trzeba ominąć "Gazoport" i dojść do plaży długą, asfaltową prostą. Minie więc niemal godzina, zanim zobaczymy Bałtyk. Ten moment zawsze wywołuje szczególne emocje: radość, wzruszenie, ale także niepewność. I znów - jak zwykle - świeci słońce; jeszcze nigdy nie wyruszaliśmy ze Świnoujścia w deszczu. Plaża jest jasna, szeroka, czysta i pusta. Daleko nad falami widać... Międzyzdroje. Nad falami? Tak, bo w tym miejscu wybrzeże ma kształt łuku. W efekcie dojście do Międzyzdrojów trwa znacznie dłużej, niż można się było spodziewać. Trudno się oprzeć wrażeniu, że ta miejscowość dosłownie ucieka przed nami...

Wreszcie jest! Kurort, chociaż to dopiero maj, tętni wakacyjnym życiem. Stragany z tandetą, lody, gofry, restauracje, smażalnie, tłumy wczasowiczów... kolorowy zawrót głowy. Część naszej ekipy wstępuje do kawiarni, część szuka sklepu, część zatrzymuje się w jednej z portowych knajpek. Kuba - jak zwykle - już nam się "urwał", popędził do Wisełki, aby zadbać o zakwaterowanie.

Po godzinie, powoli, sukcesywnie, pojedynczo lub małymi grupami wychodzimy z Międzyzdrojów. Pamiętając - rzecz jasna - by mieć Bałtyk z lewej strony... Na poprzednich Przechadzkach mogliśmy tu wybrać drogę i albo powędrować od razu plażą, albo wspiąć się na Górę Kawczą i zejść z niej nad Bałtyk po efektownie prowadzących schodach. Zimowe sztormy uszkodziły je jednak tak, że zostały zamknięte. Idziemy więc dołem. Wchodzimy na teren Wolińskiego Parku Narodowego. Krajobraz zmienia się w mgnieniu oka, szeroką, płaską plażę sprzed Międzyzdrojów, zastępują imponująco wysokie klify, z wąskim, kamienistym przesmykiem u ich podstawy. Jest przepięknie!

Po dwóch godzinach marszu mijamy anonsowany przez Kubę zielony kiosk sezonowej przebieralni - znak, że za moment zobaczymy schody prowadzące na klif, skąd leśna droga wiedzie do Wisełki. I rzeczywiście - są. Idziemy w głąb lądu; po chwili jesteśmy w Wisełce. Część kieruje się wprost na kwaterę, cześć najpierw wstępuje do sklepu lub knajpki. "Weterani" znajdują lokum bez pudła, debiutanci mają z tym trochę kłopotu, bo pensjonat jest nieco schowany. Około piątej jesteśmy w komplecie, pierwszy etap (dwadzieścia siedem kilometrów), za nami. Można zadbać o siebie, odpocząć, wziąć prysznic, wyjść na zakupy lub obiad, lub coś ugotować na miejscu, bo na kwaterze jest dobrze wyposażona kuchnia.

Przed dwudziestą zestawiamy stoły i przynosimy krzesła, na "wieczór integracyjny" zapowiedziany przez Kubą. Dawniej, gdy Małgosia prowadziła cukiernię, zawsze aż tutaj docierały jej wspaniałe wypieki; dzisiaj musimy zadowolić się słodyczami ze sklepu. Zaczynamy - jak zwykle - punktualnie, bo już na poprzednich Przechadzkach zdążyliśmy się nauczyć, że kwadrans akademicki trwa tutaj... trzy minuty. Kuba rozdaje wszystkim pakiety "popiaskowych" kalendarzyków, obejmujących rok od Przechadzki do Przechadzki, zamiast - jak zazwyczaj - od stycznia do grudnia. Która to już ich wersja? Dziesiąta? Lubimy je, bo "nic" nie ważą i doskonale sprawdzają się jako nasze wizytówki. Debiutanci dostają też "Błękitne Poradniki" lub "Instrukcje Obsługi Bałtyku", wydane przez WWF - leciutkie broszurki z mnóstwem ciekawej treści. Potem nasz prowadzący krótko przypomina o zasadach Przechadzki, "weterani" znają je już na pamięć... "W trosce o dobre samopoczucie uczestników, dyscyplina obowiązująca podczas Przechadzki jest ograniczona do minimum. Obligatoryjne jest tylko korzystanie z zarezerwowanych kwater oraz udział w porannych odprawach. Natomiast od indywidualnych upodobań zależy wybór drogi i towarzystwa na trasie, tempa marszu, miejsc i czasu trwania przerw, posiłków i godziny dojścia na metę". Po tym wstępie czas na "prezentacje", każdy ma dwie minuty, by przedstawić się i opowiedzieć pozostałym o sobie. Przy dwudziestu osobach trwa to blisko godzinę, bo Adam i Jasiek - jak zwykle - dogadują, a Adam przedłuża swój czas wielokrotnie, zupełnie jak gdyby nikt tu nic o nim nie wiedział. Nikt jednak, nawet najstarszy "weteran" nie wie, kiedy Adam żartuje, a kiedy mówi poważnie. Śmiechom nie ma końca, więc Kuba kończy "oficjalną" część spotkania i wreszcie można swobodnie pogadać.

Rozmowy nie trwają jednak zbyt długo, gdyż zmęczenie marszem i nocną podróżą daje się we znaki. A na rozmowy jeszcze przed nami dwanaście dni.
2020-05-09 08:00

Przechadzka ze Świnoujścia do Helu

Już za tydzień (9.05) zaczynamy Przechadzkę ze Świnoujścia do Helu. Miała być osiemnasta piesza, a będzie pierwsza (i miejmy nadzieję, że ostatnia) - wirtualna. Codziennie o 8 rano będziemy publikowali post opisujący dany dzień, a Was poprosimy o dzielenie się w komentarzach Waszymi zdjęciami, wspomnieniami i ciekawostkami z danego fragmentu naszego wybrzeża. Nie muszą to być wspomnienia z Przechadzek, mogą być także z innych pobytów nad morzem oraz historie zasłyszane czy nawet ciekawostki historyczne.
2020-05-02 19:40

Archiwum aktualności

2020: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik

2019: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień

2018: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień

2017: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień

2016: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień

2015: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień

2014: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień

2013: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień

2012: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień

2011: styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad grudzień
AhlbeckBagiczBałtijskBansinBarzowiceBędzinoBiałogardBiałogóraBłądzikowoBobolinBraniewoBukowo MorskieCelbowoChałupyChłapowoChłopyChoczewoChwaszczynoCisowoCzołpinoCzymanowoDamnicaDarłowoDąbkiDąbkowiceDąbrówkaDębinaDębkiDębogórzeDuninowoDziwnówDziwnówekDźwirzynoElblągFromborkGardna MałaGąskiGdańskGdyniaGniewinoGnieżdżewoGodętowoGoleniówGryficeGrzybnicaGrzybowoHelHeringsdorfIzbicaJantarJarosławiecJastarniaJastrzębia GóraJezierzanyJunoszynoJuodkranteJurataKadynyKamienica ElbląskaKamień PomorskiKamionek WielkiKaninKarlinoKarlshagenKartoszynoKarwiaKarwieńskie Błoto DrugieKarwieńskie Błoto PierwszeKąty RybackieKlaipedaKlukiKłaninoKölpinseeKołczewoKołobrzegKopalinoKopańKorlinoKosakowoKoserowKoszalinKościerzynaKrokowaKrynica MorskaKukinkaKuźnicaLęborkLędowo-OsiedleLiniaLubiatowoLubiewoLuzinoŁadzinŁasin KoszalińskiŁazyŁąckoŁebaŁebczŁęczeŁęczyceŁokcioweŁukęcinMalborkMalechowoMarszewoMechelinkiMechowoMielenkoMielnoMiędzywodzieMiędzyzdrojeMikoszewoMokrzyca WielkaMölschowMrzezinoMrzeżynoMściceNadoleNidaNiechorzeNowa PasłękaNowakowoNowy Dwór GdańskiObjazdaOdryOrzechowoOsetnik (Stilo)OsiekiOsiekiOsłoninoOstrowoPalangaParłówkoPeenemündePiaskiPierwoszynoPleśnaPłotyPobierowoPodborskoPoddąbiePogorzelicaPolicePostominoPotęgowoPrätenowPruszcz GdańskiPrzywidzPuckPudaglaPustkowoRecławRedaRedzikowoRekowo GórneReskoRewaRewalRogowoRowyRozewieRumiaRusinowoRybinaRzucewoSarbinowoSarbskSasinoSianożętySiemirowiceSkowronkiSłajszewoSławnoSławoszynoSławutowoSłupskSmołdzinoSmołdziński LasSopotStargardStarkowoStarzynoStarzyński DwórStegnaStężycaStralsundStrzelinkoStrzelnoStrzepczSuchaczSulęczynoSwarzewoSwołowoSzczecinSztutowoSzymbarkŚliwinŚwiętouśćŚwinoujścieTczewTolkmickoTrassenheideTrzebiatówTrzebieżTrzęsaczTujskTupadłyTymieńÜckeritzUliniaUstkaUstronie MorskieWarnowoWejherowoWęsioryWicieWickoWicko MorskieWierzbięcinWierzchucinoWieżycaWisełkaWładysławowoWolgastWolinWysoka KamieńskaZaleskieZegrze PomorskieZempinZinnowitzŻarnowiecŻelistrzewoŻukowo |
Niniejsza witryna internetowa korzysta z Google Analytics, usługi analizy oglądalności stron internetowych udostępnianej przez Google, Inc. ("Google"). Google Analytics używa "cookies", czyli plików tekstowych umieszczanych na komputerze użytkownika w celu umożliwienia witrynie przeanalizowania sposobu, w jaki użytkownicy z niej korzystają. Informacje generowane przez cookie na temat korzystania z witryny przez użytkownika (włącznie z jego adresem IP) będą przekazywane spółce Google i przechowywane przez nią na serwerach w Stanach Zjednoczonych. Google będzie korzystała z tych informacji w celu oceny korzystania z witryny przez użytkownika, tworzenia raportów dotyczących ruchu na stronach dla operatorów witryn oraz świadczenia innych usług związanych z ruchem na witrynach internetowych i korzystaniem z internetu. Google może również przekazywać te informacje osobom trzecim, jeżeli będzie zobowiązana to uczynić na podstawie przepisów prawa lub w przypadku, gdy osoby te przetwarzają takie informacje w imieniu Google. Google nie będzie łączyła adresu IP użytkownika z żadnymi innymi danymi będącymi w jej posiadaniu. Użytkownik może zrezygnować z cookies wybierając odpowiednie ustawienia na przeglądarce, jednak należy pamiętać, że w takim przypadku korzystanie z wszystkich funkcji witryny może okazać się niemożliwe Korzystając z niniejszej witryny internetowej użytkownik wyraża zgodę na przetwarzanie przez Google dotyczących go danych w sposób i w celach określonych powyżej.
© PoPiasku.pl 2011 - 2020, projekt i wykonanie: sjs; hosting: Grafinet